*2 tygodnie później*
-Brook!-nieznośne krzyki dobiegały zza ściany.-Brooklyn! Cholera jasna, bo ja..
Jęknęłam głośno wybudzona z twardego snu, który choć trochę mi się należał po wczorajszej pracy w knajpie ojca.
-Moment! Dopiero otworzyłam prawe oko!-Wymamrotałam nieco głośniej.
Przetarłam dłońmi zaspaną twarz i uniosłam lekko głowę, aby sprawdzić, która godzina.
No to jakaś kpina. Pomyślałam widząc, iż dochodzi dopiero ósma. Czego oni mogą ode mnie chcieć tak wcześnie? Przecież dobrze wiedzą, że sobota to jedyny dzień w tygodniu, w którym mogę choć trochę dłużej pospać.
-Co za ludzie..-Szepnęłam pod nosem, idąc do drzwi i opuszczając swój pokój.
Przeczesałam palcami splątane włosy, kiedy luźnym krokiem pokonałam kilka stopni.
No tak, obudzili mnie, a teraz nikogo tu nie ma. Jeszcze tylko kilka miesięcy i nie będę musiała znosić tego złośliwego terroru ze strony nowej kobiety swojego ojca. Codziennie zastanawia mnie to jak ojciec mógł pokochać kogoś równie okropnego, ona to zupełne przeciwieństwo mojej mamy. Nie wiem co go skłoniło do zamieszkania z tą flądrą, a raczej co podkusiło, aby zaproponować jej przeprowadzenie się do nas. Isabella może i jest ładna, ale za to pusta jak frytki z Maca. Dziwne porównanie, ale jest zbyt wczesna godzina na logiczne myślenie.
-O proszę, kogo moje oczy widzą.-ten piskliwy głos poznałabym z najdłuższego korytarza świata.-Dzień dobry, Brook.
Wywróciłam oczami i otworzyłam drzwi lodówki, lecz nie było w niej nic po za okładami żelowymi pod oczy domowej miss piękności. Czy ten dzień mógł zacząć się bardziej pozytywnie? Nie sądzę.
-Przepraszam, co to jest:?-pchnęłam drzwiczki, które otwarły się na całą szerokość.
Uniosłam wyczekująco brwi, patrząc na tlenioną blondynkę.
-Ale ty głupiutka, myślisz, że będę robić zakupy co wieczór i wozić te siaty do domu? Może jeszcze zrobić księżniczce śniadanko i podać do łóżka?-Odparła złośliwie.
Przysięgam, że jeszcze jedno słowo, a nie ręczę za siebie i swoje drapieżne oblicze. W głowie miałam już przebłyski jak patelnia od naleśników ląduje na jej popalonych włosach, aż z tej fikcyjnej satysfakcji na mojej twarzy zagościł uśmiech.
-Co mój ojciec w tobie widzi..-odparłam beznamiętnie.
Wyminęłam ją i poszłam do łazienki, aby ogarnąć się do wyjścia. Zjem coś na mieście, nie będę narażać swojego zdrowia na te stare resztki, które są pochowane w szafkach.
Kwadrans później byłam już gotowa, lecz do wyjścia brakowało mi jednej, ale za to bardzo ważnej rzeczy. Kluczyki od auta.
Brook bądź uprzejma, pamiętaj Pan Bóg cię widzi i docenia dobre gesty. Nie możesz sobie pozwolić na kolejną sprzeczkę, tato pozwolił tylko na jedną dziennie, a ty łamiesz tę zasadę wielokrotnie. Po prostu zapytaj o te kluczki, które akurat trzyma ta złośliwa zołza...NO DLACZEGO LOS DZISIAJ TAK ZE MNĄ POGRYWA.
-Dawaj kluczyki, bo nie ręczę za siebie.-warknęłam, ciskając w nią piorunami.
Moja granica między byciem miłym, a agresywnym jest bardzo cienka. W dodatku jeżeli chodzi o Isabellę, nie ma jej wcale.
-A gdzie się wybierasz? Tatuś nie jest zadowolony, że tak rzadko bywasz w domu, kazał mi cię sprawdzać. Ale wiesz, mam lepsze rzeczy do roboty.-Rzuciła mi kluczyki i usiadła na skórzanym fotelu.
Lepsze rzeczy do roboty? Och no tak, przecież piłowanie tych pazurów, przypominających szpony orła, jest takie czasochłonne.
Bez słowa wyszłam z domu i wsiadłam do czarnego wozu, który od razu odpaliłam przekręcając kluczyk w stacyjce.
Jak dobrze być z dala od tej toksycznej atmosfery. Przez te ciągłe spięcia nabawię się jakiejś nerwicy, albo co gorsza zwariuje.
Jechałam wzdłuż drogi, która rozdzielała sąsiedzkie domki. Typowa dzielnica, nic ciekawego się nie dzieje, poza tym, że komuś ukradli rower lub dzieciaki rozwaliły płot samotnej staruszce.
Marzę już od kilka lat, aby przenieść się na Manhattan. Chciałabym wprowadzić się do bloku, który zamieszkiwała Carrie Bradshaw z serialu "Seks w wielkim mieście". Oglądałam ten serial w wieku 10 lat, wiem, że to irracjonalne, ale uwielbiam te cztery niezależne kobiety. Gdy tylko uda mi się znaleźć powtórkę sezonu, to zamykam się w pokoju i wyłączam ze świata społecznego na kolejne kilka godzin. Nie jestem typem domatorki, po prostu czasami lubię zapuścić się w klasykę serialową i poczuć się jakbym to ja była głównym bohaterem.
W ostatniej chwili wdepnęłam hamulec, aby nie potrącić młodego wilczura i przy okazji jego właściciela. Serce waliło mi ponad normę, a dłonie drżały jak galareta. Chwila, ja cała drżałam jak cholerna galareta! Nigdy bym sobie tego nie wybaczyła, taki wypadek zrujnowałby moją karierę młodego kierowcy.
Natychmiast uchyliłam szybę i wychyliłam się.
-Najmocniej cię przepraszam, tak szybko wbiegłeś na drogę.-swoje słowa kierowałam do pięknego psiaka, który podbiegł do drzwi.
Rozejrzałam się gorączkowo w poszukiwaniu właściciela psa, lecz w zasięgu mojego pola widzenia nikogo nie było. Westchnęłam zirytowana na myśl o bezmyślności właściciela, który wypuścił swojego czworonożnego przyjaciela, bądź nie zwrócił uwagi na jego ucieczkę.
-Okay, Bastian! Koniec tego dobrego, wracamy do domu!-usłyszałam donośny, męski krzyk.
Uniosłam wzrok na mężczyznę, który zbliżał się do psa z dużą obrożą w dłoni oraz srogą miną. Bastian. Ten piękny owczarek wabi się Bastian!
Pospiesznie wysiadłam z samochodu, nie mając zamiaru sprawdzić, czy aby przypadkiem nie zakorkowałam jezdni. Nie obchodziło mnie to w tym momencie.
-Prze..-Wyjąkałam zdenerwowana, gdy mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem.
Zmarszczył grube brwi i pokręcił głową, kucając przy cieszącym się psie.
-Spoko, nic mu przecież nie jest. Niech Pani jedzie dalej.-Burknął zakładając mu obrożę przez głowę.
Chwileczkę. Prawie przejechałam mu psa, możliwe, że naraziłam także jego na wypadek i co najlepsze przeżywam to za ich dwoje, a on mówi SPOKO.
-Słucham?-Zapytałam.
Chłopak stanął przede mną i odgarnął z czoła jasnobrązowe włosy, przeszył mnie wzrokiem i odparł aroganckim głosem.
-Nic mu nie jest, więc po co ta cała szopka?
Otworzyłam szeroko oczy i jednym słowem zdębiałam. Niejeden kierowca pojechałby w siną dal, miałby gdzieś jego oraz Bastiana. Dlaczego ludzie nie doceniają jednostek? Jestem kulturalna i zostałam, przyznałam się do błędu, przeprosiłam! Co za dupek!
-Przepraszam jeszcze raz i następnym razem lepiej pilnuj swojego psa.-burknęłam i wsiadłam do auta, trzaskając drzwiczkami.
Nie patrząc ani razu w stronę chłopaka odjechałam kierując się do serca miasta.
Albo mam dziwaczne złudzenia, albo faceci z dużymi psami mnie prześladują. Spotkanie z niejakim Robertem przy moście, a teraz to i co najlepsze ten pies był kropka w kropkę identyczny do poprzedniego.
A więc podsumowując dzisiejszy poranek, czeka mnie nie lada katastrofa dzisiejszego dnia, jeżeli nadal będą przytrafiać mi się takie sytuacje - dokładnie mam na myśli kłótnie z tlenioną flądrą i potrącenie tego pięknego zwierzaka oraz jego aroganckiego właściciela. Ten kto tym wszystkim steruje na górze, musi mieć niezły ubaw.
Dojechałam do knajpy, którą prowadzi mój ojciec. Znajduje się nie daleko od mostu, który niedawno fotografowałam, lecz blok, w którym się znajduje nie należy do nowoczesnych. Sądzę, że to dobra reklama dla niej, ludzie, którzy tu przyjeżdżają uwielbiają klimat starego Brooklynu i tym właśnie charakteryzuje się bar taty. Czuć tam stary, dobry Brooklyn. Moi rodzice włożyli wszystkie oszczędności w jej otwarcie i początkowe funkcjonowanie, gdy po kilku cudownych latach prosperowania moja mama zachorowała i wszystko powoli zaczęło się sypać. A co gorsza nikt nie miał czasu zajmować młodym lokalem, pracownicy nie byli na tyle profesjonalni, aby im zaufać. Chciałam im tak bardzo pomóc, lecz mój wiek i doświadczenie na to nie pozwalało. Rodzina zatraciła się w chorobie mamy, wszyscy chcieli jej pomóc, a raczej postarać się umilić czas cierpienia. Sophia była piękną kobietą, miała w sobie więcej miłości i radości, niż cały Brooklyn i Manhattan razem wzięte. Nawet gdy wiedziała, że nic nie jest w stanie jej pomóc i świat ucierpi z powodu strat, tak wspaniałego człowieka, uśmiechała się. Jako jedyna z nas wszystkich, którzy przy niej czuwali, uśmiechała się tak promiennie, jakby dostała drugie życie. Za to ją kocham, kochałam i będę kochać. Za jej siłę i wsparcie, które nam codziennie dawała, aż Bóg zabrał ją do siebie.
Minęło już kilka lat, stałam się dorosła, mój ojciec znalazł sobie kobietę i zarządza całym lokalem. Pomagam mu jak tylko mogę, nie chce, aby czuł się obarczony wszystkimi obowiązkami, ta knajpa znaczy dla niego więcej niż myślę. To tak jakby ich drugie dziecko, które razem stworzyli, dlatego stara się go dopieszczać w każdym kącie, jak czyniła to mama. Wierze, że jego miłość do niej nie przeminęła, kochał ją nad życie i był w stanie zrobić dla tej kobiety najprzeróżniejsze rzeczy.
Weszłam do środka i od razu poczułam aromat świeżo parzonej kawy oraz przypraw do znanego w całym mieście spaghetti mojego ojca. Tak, tak samodzielnie wynalazł ten przepis, gdy tylko otworzyli tą knajpkę.
-Witam, poproszę kawę ze śmietanką oraz tosta z serem.-odparłam do kelnerki za barem.
Usiadłam na stołku, wyjmując telefon z kieszeni i sprawdzając czy dostałam jakieś informacje w sprawie pracy. Zmarszczyłam brwi, gdy zobaczyłam na wyświetlaczu SMS'a od numeru prywatnego.
"Musisz uważać jak jeździsz, maleńka x"
Serce zabiło mi szybciej, lecz wciąż wpatrywałam się w literki, które zaczęły się rozmazywać.
Kto mógł to napisać? Tysiące myśli przelatywały mi przez głowę, z początku były one racjonalne, lecz z sekundy na sekundę czarne scenariusze robiły się coraz gorsze.
-Twoja kawa. A i jak zjesz to Pan Blade chce, żebyś weszła na kuchnie.-powiedziała dziewczyna, która zajmowała się obsługą przy barze.
Zdezorientowana przytaknęłam jej tylko i schowałam zablokowany telefon do kieszeni kurtki.
Daj spokój, Brook to musi być pomyłka. Nie panikuj. Głos wewnątrz mojej głowy przemówił, chcąc uspokoić moje oszalałe myśli. Nie to żebym była panikarą, ale przyznam, że jestem nieco przewrażliwiona na tego typu "żarty". Jak nudziłam się w domu, to często oglądałam seriale kryminalne i żaden nie kończył się dobrze, dla osoby, która dostawała podobne wiadomości.
Po zjedzeniu pierwszego posiłku tego dnia, poszłam do ojca, który był w trakcie robienia listy brakujących rzeczy w knajpie.
-Cześć.-Przywitałam się i oparłam o blat kuchenny.
Spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem i wrócił do pisania.
-Skoczysz do sklepu? Potrzebuje kilku rzeczy na urodziny knajpki, odbywają się w ten piątek.- Wręczył mi kartkę i wsunął długopis do kieszonki, która była na jego prawej piersi.
Skinęłam głową i przejechałam wzrokiem po liście zakupów, zastanawiają się do jakiego sklepu mogłabym się udać.
-Mam nadzieje, że nie masz planów na ten dzień. Będziesz mi potrzebna i twój aparat także.-odparł, starając się powstrzymać uśmiech.
Uniosłam automatycznie wzrok na mężczyznę i pisnęłam uradowana. Uwielbiam robić zdjęcia, to moja pasja i sposób na życie. Ojciec po raz pierwszy poprosił mnie o sfotografowanie imprezy w naszej restauracji, przeważnie robili to jego starsi pracownicy. Obawiał się, że nie uchwycę odpowiednich momentów, które mogą jeszcze bardziej rozsławić restaurację.
-Dziękuje, dziękuje, dziękuje!.-uradowana objęłam jego pas, kiwają się na boki.-Lecę po te zakupy i zaczynam od dzisiaj czyścić aparat. Napisze podanie do gazety, do strony internetowej miasta!-podskakując opuściłam kuchnię, zostawiając w niej śmiejącego się tatę.
A może ten dzień to szansa, aby moja kariera w końcu ruszyła do przodu i nabrała jakiegoś kształtu? Nie mogę przez całe życie cykać zdjęć na dziecięcych urodzinach lub czekać, aż ktoś w końcu zapuka do mych drzwi i odpowie na moje CV.
Pojechałam do oddalonego o kilka kilometrów supermarketu. Wolałam wszystko kupić w jednym miejscu, niż błąkać się po mieście i to w dodatku sama. Nie to, żebym się bała, lecz wciąż w głowie wyskakuje mi ta wiadomość, którą dostałam z rana.
Spacerowałam między regałami ciągnąc za sobą mały, plastikowy wózek. Zatrzymałam się i pochyliłam, aby wybrać przyprawy na piątkowe urodziny, które zapisane zostały na karteczce.
-Hm...Carry, o i chili.-Szepnęłam do siebie.
Wsadziłam kartonowe opakowania z saszetkami do koszyka, jeżeli chodzi o zakupy do knajpy to robione są w dużo większych ilościach, niż zazwyczaj.
-Ouh, przepraszam.-wymamrotałam, kiedy wpadłam na męską sylwetkę przed sobą.
Uniosłam głowę i mój wzrok napotkał te same niebiesko-zielone oczy, które widziałam tego wieczoru przy moście.
Chłopak uniósł kącik warg i podał mi karteczkę, która przy zderzeniu wypadła mi z dłoni.
Łoo..Brook pora się wycofać, zaczynasz odlatywać. Brook! W mojej głowie szumiało jakbym co najmniej zderzyła się z murem chińskim.
-Nic się nie stało, domowe zapasy?-zapytał, zerkając na mój koszyk, z którego wystawały kartony.
Odchrząknęłam i zmarszczyłam lekko nos, wracając wzrokiem na jego skórzaną kurtkę.
-To zakupy do knajpy mojego ojca, w piątek są urodziny lokalu.-odparłam, zerkając na twarz chłopaka, którą szybko zmierzyłam wzrokiem.
Od niskiego czoła, po ciemne, grube brwi, oczy w których tliły się iskierki, wąski nos i pełne, lekko zaróżowione usta. Podskoczyłam lekko z nogi na nogę, kiedy przeszył mnie delikatny dreszczyk.
O mamuniu, Brook! Schowaj ten rumieniec! Wewnątrz mnie rozbrzmiał ten sam, dokuczliwy głos.
Okay, ogarnij się Brooklyn.
-Sporo tego i jak sądzę, będzie jeszcze więcej.-Odparł, wskazując palcem na wygniecioną kartkę.
Pokiwałam głową, uśmiechając się lekko i zerknęłam na niego ponownie.
-Serdecznie zapraszam, jeżeli będziesz miał chwile. Restauracja nazywa się Old Brooklyn Side.-schowałam kosmyk włosów za ucho.
Na twarzy blondyna pojawił się lekki, lecz złośliwy uśmieszek.
-Przyjdę, ale mam nadzieje, że znowu się tam zobaczymy.
Nachylił się w stronę mojego ciała odurzając mnie falą swoich perfum, pachniał ziemią i morzem. Nie mam pojęcia dlaczego akurat wpadłam na to połączenie, ale idealnie opisywało tą intensywną woń. Bez zastanowienia muszę przyznać, że cholernie mi się podobała ta mieszanka.
Nie mogę zachwycać się obcym chłopakiem, znam tylko jego imię i to jak pachnie woda kolońska. Musze uspokoić swoje wewnętrzną dzicz i doprowadzić do porządku buzującą Brooke, która rwie się na zewnątrz.
-Przepraszam, mogłeś powiedzieć, abym się przesunęła.-wskazałam kciukiem za siebie na półki z produktami spożywczymi, wciąż nie spuszczając wzorku z chłopaka.
Uśmiechnął się ukazując szereg prostych zębów, lecz nie zmienił odległości między nami, a w tym wypadku ja również nie zamierzałam tego robić. Twardo stałam na stopach jakby były wtopione w sklepową podłogę.
-Gdybym chciał to zrobiłbym to.-wzruszył ramionami unosząc swoje spojrzenie.- Ale ty również mogłaś to zrobić, widząc, że chce się tam dostać.-kiwnął głową na regał za mną.
Uniosłam idealnie wyrysowane brwi i posłałam mu najlepszy uśmiech na jaki było mnie stać w tym momencie. Nie zamierzałam tego komentować w żaden sposób, nawet nie wiedziałam co mogłabym odpowiedzieć na tą "zaczepkę".
-Do zobaczenia w piątek, prawdopodobnie.-powiedziałam po chwili i odwróciłam się pchając koszyk przed sobą.
Wypuściłam głośno powietrze, które nieświadomie wstrzymywałam. Nigdy więcej nie przyjadę do tego sklepu.
Zerknęłam ukradkiem przez swoje ramię, aby sprawdzić czy nadal tam stoi, lecz po chłopaku nie było śladu.
Z bólem serca stałam w kolejce do kasy, która nie miała końca, zaczęłam wierzyć, że doczekam tu śmierci i będą musieli mnie pochować na terenie tego obskurnego parkingu. Kocham swojego ojca, ale nigdy więcej nie pojadę do supermarketu o tak wczesnej godzinie, ludzie zachowują się jakby miał nastąpić koniec świata i wykupują żywność w ogromnych ilościach. To niedorzeczne, gdy w tych czasach jedna połowa populacji objada się do kresu możliwości, a druga umiera z powodu głodu. Gdzie sprawiedliwość na tym świecie? Gdzie pomoc ze strony bogatych dla biednych? Tak naprawdę nie ma bezinteresownej pomocy, jest tylko ta, która niesie korzyść dla jednej i drugiej.
-Płaci Pani czy będziemy tak czekać do zamknięcia sklepu?-zapytała znudzona kasjerka, gdy skończyła skanować ostatni produkt z mojej listy zakupów.
Potrząsnęłam głową wyrywając się ze swoich głębokich myśli, podałam kobiecie kartę kredytową taty i wbiłam pin na małym, czarnym urządzeniu. Podziękowałam za obsługę, zabierając kartę oraz paragony. Opuściłam szybko sklep unikając linczu ze strony ludzi czekających w kolejce za chwilowy przestój.
Pospiesznie wróciłam do restauracji i zaparkowałam z tyłu budynku, aby pomoc kuchenna mogła na spokojnie wypakować siaty z zakupami.
Siedziałam w aucie, opierając bolącą głowę o zagłówek fotela. Przez ostatnie dni jedyne o czym marzyłam to znaleźć się jak najszybciej w swoim łóżku, zamknięta w objęciach puchowej kołdry...Ale nie wszystkie marzenia się spełniają. Cały tydzień pomagałam tacie w przygotowaniach do urodzin lokalu, stuknęło okrąglutkie 18 lat. Kiedy skończyłam roczek, moi rodzice otworzyli ich drugie dziecko i zaczęli żyć we własnym "śnie".
Uchyliłam powiekę, mając nadzieję, że ojciec jest w trakcie zamykania drzwi od knajpki, lecz wciąż wszędzie były pozapalane światła, a przy wejściu nie było żywej duszy.
Och losie ile bym dała, żeby wracać już do domu i mieć to za sobą. Jestem pewna, że tato jest tak samo, albo i bardziej wyczerpany ode mnie. Wystrój sali, specjalne dania, wypieki i prezenty dla gości...Tyle go to kosztuje stresu i nerwów, ale widać, że kocha to co robi. Przez te 5 dni nie usłyszałam z jego ust, ani razu słowa "zmęczenie" lub jakiekolwiek marudzenie.
Podskoczyłam na siedzeniu, kiedy ktoś zapukał do szyby od strony kierowcy. Automatycznie wyprostowałam się jak struna i otworzyłam szeroko oczy, widząc tylko ciemną postać po drugiej stronie drzwi.
O zgrozo...Moje serce właśnie biegnie w maratonie, a ręce zamieniły się w galarety.
Przełknęłam ślinę i lekko uchyliłam szybę, tak aby usłyszeć tylko co obcy ode mnie chce. Nie byłam w stanie wykrztusić z siebie nic prócz tego jednego słowa.
-Słucham?
Do moich uszu dotarła znana mi piosenka "I feel it coming" i mimowolnie kąciki moich ust drgnęły. Uwielbiam tą piosenkę.
-Brooklyn?-Zachrypnięty głos przebił się przez cichą melodie, która wypływała ze słuchawek mężczyzny przede mną. Zdecydowanie mogę stwierdzić, iż była to płeć przeciwna, żadna zdrowa kobieta nie miałaby takich szerokich barków oraz głębokiego głosu. Choć z tym głosem...trafiają się przypadki.
-Przepraszam, ale nie wiem kim Pan jest.-pokręciłam głową, zapalając szybkim ruchem światełko nad sobą. Byłam przerażona i jedyne czego chciałam to zobaczyć twarz faceta, który znał moje imię.
Ujrzałam niebieskie tęczówki, które błyszczały w lekkiej poświacie dochodzącej z auta, lecz nie ruszyłam się z miejsca chcąc podziwiać ich niemożliwie dziwną barwę. Uśmiech wkradł się na wargi chłopaka, który przejechał sprawnie palcem po parującej szybie rysując znak zapytania.
Sunęłam wzrokiem za jego poczynaniami i zmarszczyłam brwi, przenosząc wzrok z powrotem na Roberta.
-Znak zapytania?-odparłam, lecz zabrzmiało to jak pytanie.
Palec jeździł po szybie w ekspresowym tempie, pisząc słowo po słowie. Na mojej twarzy zagościł uśmiech, kiedy starłam się sklecić z tego pytanie, które chciał mi zadać.
-Co robisz...Tak późno..-Przechyliłam głowę w bok, marszcząc lekko nos, kiedy jedna literka zniknęła i wyraz stracił jakikolwiek sens.- O tej porze?
Dopisał szybko słowo "Sama", a z mojego gardła wyrwał się cichy chichot.
-Czekam na tatę.-wskazałam kciukiem na budynek.
Ciemny blondyn przysunął się do szyby i chuchnął kilka razy, aby ponownie zaparowała i dzięki temu mógł napisać na niej kilka słów.
Uniosłam lekko brwi, czytając po kolei idealnie napisane wyrazy, które składały się w jedno krótkie zdanie "Nie mogę doczekać się jutra".
Spojrzałam na niego i jedyne co mogłam dostrzec to dłoń, która powoli sunęła się po szybie w dół. Sylwetka zginęłam w ciemnościach, a zaraz z nią słowa na szybie. Przesunęłam powoli palcami po kosmykach puszczonych włosów i odetchnęłam głęboko.
Czułam się jak w filmie...Noc, samotna dziewczyna i przystojny chłopak, który z lekka mnie przerażał. I zaznaczam to nie był film romantyczny, tylko horror.
Mogłabym rzec, że ten typ mnie prześladuje, lecz skąd mógł wiedzieć, że tutaj jestem, tak samo gdy wpadliśmy na siebie w sklepie, a raczej to ja wpadłam na niego. Nie potrafię pojąć zbiegów okoliczności, ale te są prawdziwe i przerażające. Jest ciemno, więc jakim cudem dostrzegł, że to ja siedzę w samochodzie. Może sam nie był pewny i zrobił to na wyczucie? Sama nie kupuję tej wersji, ale inne nie potrafię w tym momencie wymyśleć.
-Brook!-Podskoczyłam na siedzeniu, słysząc nagły krzyk.
Odwróciłam się i ujrzałam uśmiechniętego tatę.
-Wracajmy, już późno. A jutro czeka nas jeszcze dużo pracy.-Powiedział, zapinając pasy bezpieczeństwa.
Po powrocie do domu rzuciłam się na łóżko, nadal mając w głowie tę dziwną sytuacje z Robertem. Poznaliśmy się przy moście, zmieniliśmy ze sobą dosłownie tylko kilka zdań. Wspomniałam mu tylko raz o tej imprezie i szczerze? Nie sądziłam, że weźmie to sobie tak do serca. Moje relacji z mężczyznami nie układały się pomyślnie, zawsze było coś nie tak i kończyło się na kilku randkach, nigdy nie wynikało z tego coś więcej. Byłam skazana na krótkie, przelotne znajomości. Ale nie zależało mi na czymś takim, jestem zwolenniczką głębokiej i namiętnej miłości, która sprawia, że nie widzisz świata poza swoim ukochanym i chcesz być częścią jego życia. Uczucie, które zarazem wyniszcza i buduje, sprawia, że nie liczy się nic innego i nie chcesz, aby się liczyło. To miłość wypalająca od środka, pozostawiająca po sobie żar nie do ugaszenia. Jak głupia wierzę, że przytrafi mi się w życiu coś tak pięknego, a zarazem nierealnego. Nie wiem skąd marzę o takiej zagorzałej miłości, może obejrzałam za dużo filmów z tym wątkiem, lecz nie potrafię wymienić choćby jednego, w którym widziałabym takie uczucie, które można byłoby nazwać żywym ogniem.
Uniosłam się, kiedy wyświetlacz mojego telefonu zabłysnął. Achh, nie koniec niespodzianek na dzisiaj.
Od: Nieznany
Tak późna godzina, a w twoim pokoju wciąż palą się światła? x
Otworzyłam usta i odskoczyłam z łóżka biegnąc do okna, w dłoni ściskałam komórkę i wypatrywałam jakiejkolwiek postaci przez szybę. Krew w moich żyłach przyspieszyła, przez co moje policzki stały się mocno różowe. To niemożliwe, aby ktoś mógłby mnie cały czas obserwować i śledzić, każdy ruch. W tej chwili miałam ochotę wybiec z domu i szukać tego gnojka, który wybrał sobie mnie jako punkt zaczepienia do żartów. Przeniosłam wzrok na telefon, który zawibrował w mojej ręce, przycisnęłam go do klatki piersiowej i jednym ruchem zasłoniłam roletę.
Od: Nieznany
Pięknie się złościsz, ale z uśmiechem bardziej Ci do twarzy. ;)
Wbiegłam na łóżko, gasząc lampkę i zakopałam się pod kołdrę. Oddychałam ciężko, przesuwając powoli wzrokiem z jednej wiadomości na drugą. To w żadnym wypadku nie było śmieszne, jestem obserwowana przez obcego faceta.
O Panie za jakie grzechy...
-Brooklyn!-wydarł się tato, kiedy wciąż ślęczałam nad aparatem na zapleczu knajpy.
Westchnęłam cicho i spakowałam sprzęt do specjalnego kuferka, po czym weszłam na kuchnię.
-Co jest? Musiałam sprawdzić czy aparat jest gotowy na otwarcie.-przetarłam zmęczoną twarz dłonią.
Przespałam zaledwie kilka godzin, przez co dzisiaj czuje się jak zwłoki, które ktoś niepotrzebne przywrócił do "życia".
-Zaraz otwieramy, ale wiesz, że będziesz potrzebna dopiero po południu. Jedź do domu i ogarnij się, nie wyglądasz za dobrze.-mężczyzna skrzywił się patrząc na mnie.
Zaśmiałam się cicho i oparłam o blat za sobą.
Dziękuje za te słowa pocieszenia były bardzo trafione w punkt!
-Tak, domyślam się. Dzięki.-parsknęłam i zarzuciłam pasek od kuferka, po czym poszłam do wyjścia.-Do później!-krzyknęłam i opuściłam lokal.
Mroźne powietrze rozwiało moje włosy na boki, czułam się jakby tchnęło we mnie nowe życie. Wsiadłam do swojego auta i wróciłam do domu, chcąc zdrzemnąć się jeszcze na kilka godzin.
Obudził mnie dźwięk ustawionego wcześniej alarmu, musiałam go nastawić inaczej prawdopodobnie dotarłabym na imprezę z poważnym opóźnieniem. A tego bym sobie nigdy nie wybaczyła.
Ubrałam standardowy komplet, czarne jeansy, koszulka i na to bluza w kolorze spodni. Musiałam czuć się swobodnie, chciałam uzyskać jak najlepsze ujęcia.
Zaparkowałam po drugiej stronie ulicy, ponieważ obok restauracji wszystkie miejsca parkingowe zostały zajęte, przebiegłam przez jezdnię i znalazłam się wewnątrz pomieszczenia. Wszystkie stoliki były oblężone przez śmiejących się, rozmawiających ze sobą gości, pomiędzy nimi przeskakiwali kelnerzy z pełnymi tacami świeżego jedzenia lub brudnych naczyń.
Uśmiech zagościł na mojej twarzy, wyjęłam aparat i pstryknęłam pierwsze zdjęcia, na których Mark i Joe ( to nasi najlepsi kelnerzy) podają kolorowe drinki dla największego stolika. Pomachałam im na powitanie.
Ruszyłam w głąb knajpy robiąc fotki pięknie przystrojonym daniom, drinkom oraz ludziom, którzy wyrazili zgodę na sfotografowanie.
W końcu usiadłam przy jednym wolnym stoliku w kącie i przejrzałam zdjęcia, które udało mi się zrobić.
Były naprawdę dobre, pokazywały uczucia, radość, przepyszne jedzenie i co najważniejsze atmosferę, która tu panuje. Ludzie kochają to miejsce, bo wypełnione jest miłością i pasją. Czyli tym co jest najważniejsze w życiu. Osoby, które tu pracują robią to z uśmiechem na twarzy i ciągłym zafascynowaniem.
-Przepraszam, czy mogę się dosiąść?
Uniosłam wzrok na sylwetkę przed sobą i wciągnęłam powietrze ze świstem. Nie spodziewałam się, że nadejdzie ta chwila, a jednak on stoi przede mną w pełnej okazałości i uśmiecha się jakby chciał powalić tym na kolana tysiące żołnierzy.
Brook, opanuj się.
-Właściwie to ja tu nie siedzę, tylko na chwile..-odpowiedziałam wstając z krzesła, lecz przerwał mi w połowie zdania.
-Właściwie to nie musisz od razu uciekać, nie pogryzę cię.-wychrypiał mierząc powolnym wzrokiem moją twarz.
Och uwierz, ja bym bardzo tego chciała...Chwila, co? Nie!
Zaśmiałam się nerwowo i rozejrzałam po gościach naokoło nas.
-W sumie to mogę na moment.-wymamrotałam i odpadłam na krzesło.
On także usiadł, lecz tuż obok mnie przesuwając specjalnie krzesło. Przejechałam potajemnie wzrokiem od stóp do głów, zauważając w co był ubrany. Jeansy, bluza i kurtka. Ach, tak i te boskie perfumy. Pachniał jak młody Bóg.
-A więc...robisz zdjęcia?-kiwnął głową na sprzęt, który trzymałam w dłoniach.
Otworzyłam usta, aby cokolwiek z siebie wykrztusić, lecz ostatecznie skusiłam się na przytaknięcie głową.
Nigdy nie miałam problemu w rozmowie z obcymi ludźmi, a tym bardziej w moim wieku. On był dziwny, nie mogłam nic odczytać z jego twarzy, oczu...Czym go zainteresowałam? Mogę chyba tak o tym myśleć, prawda? Bo gdybym go nie zaintrygowała to raczej nie siedziałby obok i nie wlepiał we mnie tych pięknych oczu, a tym bardziej nie zaczepiłby w środku nocy.
-Co robiłeś wtedy..tak późno w nocy. W dodatku sam.-zmarszczyłam brwi, bardziej stwierdzając, niż zadając pytanie.
Odchylił się lekko na krześle i ułożył dłonie na udach, zastanawiając się pewnie co ma mi odpowiedzieć.
Coś długo się zastanawia, Brookie. To podejrzane.- głos w mojej głowie odezwał się jak zwykle w nie odpowiednim momencie.
-Byłem..pobiegać.-odparł po dłuższej chwili.-Wiesz lubię czasami tak sobie potruchtać między uliczkami, gdy nikt nie widzi.-oblizał swoje wargi, spoglądając w moją stronę.
Łże jak pies!
Pokiwałam głową z lekkim uśmiechem.
-Pozwolisz, że wrócę do pracy.-mruknęłam, włączając aparat.
Zerknął na lustrzankę, po czym spojrzał prosto w moje oczy i wykrzywił wargi w uśmiechu, przez który poczułam przyjemny dreszczyk na plecach.
Uniosłam sprzęt i zrobiłam mu kilka zdjęć, nim mógł jakkolwiek zareagować.
Zaśmiałam się przeglądając od razu zrobione ujęcia, kiwnęłam głową z uznaniem dostrzegając jak jest fotogeniczny.
-Teraz moja kolej, Brooklyn.-zabrał mi aparat i przysunął go bliżej swojej twarzy, poprawiając jedynie ostrość.-Uśmiechnij się, gdy to robisz jesteś jeszcze piękniejsza.-wychrypiał, przyciskając kilka razy duży guzik.
Zarumieniłam się na wypowiedziany komplement, lecz moje wargi mimowolnie wygięły się w delikatnym uśmiechu. Uniósł dłoń i delikatnym gestem schował kilka kosmyków za moje ucho, oczywiście było to istotne do zdjęcia.
-Proszę.-oddał mi moją "zabaweczkę" i nachylił się, abyśmy mogli razem obejrzeć to co zrobiliśmy.
Przegryzłam dolną wargę na samym początku przewijając ujęcia chłopaka, które były idealne. Jego kości policzkowe, oczy, brwi, usta i ten uśmiech.. Czułam jak staję jeszcze bardziej skrępowana w towarzystwie blondyna.
-O losie.-szepnęłam, widząc siebie na małym ekranie.
Nie lubię, kiedy ktoś robi mi zdjęcia i nie ma znaczenia czy to telefon, czy aparat. Po prostu jestem zdania, że beznadziejnie na nich wychodzę.
-Podoba mi się, w sumie nadawałbym się.-powiedział, zaczynając się cicho śmiać.
Wywróciłam teatralnie oczami i odwróciłam głowę w stronę chłopaka.
-No nie wiem, mi się średnio podobają.-odparłam, starając się powstrzymać uśmiech.
Na twarzy jasnookiego pojawiło się zmieszanie, po czym jedynie spojrzał na mnie podejrzliwie i uśmiechnął się złośliwie.
-Jesteś dość krytyczna, Brook. Czy to zazdrość tobą kieruje?
Nie mogłam się powstrzymać i zaśmiałam się, tak iż goście z stolików obok nas zaczęli posyłać mi zirytowane spojrzenia.
Chłopak odpowiedział mi szerokim uśmiechem i wstał z krzesła.
-Muszę już iść, miło było z tobą ponownie porozmawiać.-nachylił się nade mną i przesunął dłonią po rozpuszczonych kosmykach.-Mam nadzieje, że takich okazji będzie znacznie więcej.-szepnął wprost do mego ucha.
Nim zdołałam cokolwiek z siebie wykrztusić, a on zniknął z mojego pola widzenia i jedyne co czułam to mrowienie na moim uchu.
W głowie wciąż na nowo rozbrzmiewały ostatnie słowa Roberta, które sprawiały, iż nie miałam pojęcia co robię w tej restauracji i dlaczego nie biegnę go poszukać, aby znowu zatracić się w tych oczach i głosie.
Potrząsnęłam głową i wróciłam na ziemię.
Musze się skupić, a tym bardziej wrócić do pracy, inaczej zaraz dostanę opierdziel od kelnerów, albo co gorsza od taty.
Przegryzłam dolną wargę przypominając sobie jego komplement i rozpływając się pod znaczeniem tych słów. Uśmiechnij się, gdy to robisz jesteś jeszcze piękniejsza.
Zmarszczyłam brwi przypominając sobie wiadomości z wczorajszej nocy i zastygałam bez ruchu jak głaz. Otworzyłam szeroko buzię i ruszyłam w stronę drzwi, wpadając po drodze na kilku kelnerów oraz gości. To niemożliwe.-pomyślałam i pokręciłam głową. Wybiegłam z knajpy i rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu mężczyzny. On nie może być autorem tych wiadomości...
-Brook!-nieznośne krzyki dobiegały zza ściany.-Brooklyn! Cholera jasna, bo ja..
Jęknęłam głośno wybudzona z twardego snu, który choć trochę mi się należał po wczorajszej pracy w knajpie ojca.
-Moment! Dopiero otworzyłam prawe oko!-Wymamrotałam nieco głośniej.
Przetarłam dłońmi zaspaną twarz i uniosłam lekko głowę, aby sprawdzić, która godzina.
No to jakaś kpina. Pomyślałam widząc, iż dochodzi dopiero ósma. Czego oni mogą ode mnie chcieć tak wcześnie? Przecież dobrze wiedzą, że sobota to jedyny dzień w tygodniu, w którym mogę choć trochę dłużej pospać.
-Co za ludzie..-Szepnęłam pod nosem, idąc do drzwi i opuszczając swój pokój.
Przeczesałam palcami splątane włosy, kiedy luźnym krokiem pokonałam kilka stopni.
No tak, obudzili mnie, a teraz nikogo tu nie ma. Jeszcze tylko kilka miesięcy i nie będę musiała znosić tego złośliwego terroru ze strony nowej kobiety swojego ojca. Codziennie zastanawia mnie to jak ojciec mógł pokochać kogoś równie okropnego, ona to zupełne przeciwieństwo mojej mamy. Nie wiem co go skłoniło do zamieszkania z tą flądrą, a raczej co podkusiło, aby zaproponować jej przeprowadzenie się do nas. Isabella może i jest ładna, ale za to pusta jak frytki z Maca. Dziwne porównanie, ale jest zbyt wczesna godzina na logiczne myślenie.
-O proszę, kogo moje oczy widzą.-ten piskliwy głos poznałabym z najdłuższego korytarza świata.-Dzień dobry, Brook.
Wywróciłam oczami i otworzyłam drzwi lodówki, lecz nie było w niej nic po za okładami żelowymi pod oczy domowej miss piękności. Czy ten dzień mógł zacząć się bardziej pozytywnie? Nie sądzę.
-Przepraszam, co to jest:?-pchnęłam drzwiczki, które otwarły się na całą szerokość.
Uniosłam wyczekująco brwi, patrząc na tlenioną blondynkę.
-Ale ty głupiutka, myślisz, że będę robić zakupy co wieczór i wozić te siaty do domu? Może jeszcze zrobić księżniczce śniadanko i podać do łóżka?-Odparła złośliwie.
Przysięgam, że jeszcze jedno słowo, a nie ręczę za siebie i swoje drapieżne oblicze. W głowie miałam już przebłyski jak patelnia od naleśników ląduje na jej popalonych włosach, aż z tej fikcyjnej satysfakcji na mojej twarzy zagościł uśmiech.
-Co mój ojciec w tobie widzi..-odparłam beznamiętnie.
Wyminęłam ją i poszłam do łazienki, aby ogarnąć się do wyjścia. Zjem coś na mieście, nie będę narażać swojego zdrowia na te stare resztki, które są pochowane w szafkach.
Kwadrans później byłam już gotowa, lecz do wyjścia brakowało mi jednej, ale za to bardzo ważnej rzeczy. Kluczyki od auta.
Brook bądź uprzejma, pamiętaj Pan Bóg cię widzi i docenia dobre gesty. Nie możesz sobie pozwolić na kolejną sprzeczkę, tato pozwolił tylko na jedną dziennie, a ty łamiesz tę zasadę wielokrotnie. Po prostu zapytaj o te kluczki, które akurat trzyma ta złośliwa zołza...NO DLACZEGO LOS DZISIAJ TAK ZE MNĄ POGRYWA.
-Dawaj kluczyki, bo nie ręczę za siebie.-warknęłam, ciskając w nią piorunami.
Moja granica między byciem miłym, a agresywnym jest bardzo cienka. W dodatku jeżeli chodzi o Isabellę, nie ma jej wcale.
-A gdzie się wybierasz? Tatuś nie jest zadowolony, że tak rzadko bywasz w domu, kazał mi cię sprawdzać. Ale wiesz, mam lepsze rzeczy do roboty.-Rzuciła mi kluczyki i usiadła na skórzanym fotelu.
Lepsze rzeczy do roboty? Och no tak, przecież piłowanie tych pazurów, przypominających szpony orła, jest takie czasochłonne.
Bez słowa wyszłam z domu i wsiadłam do czarnego wozu, który od razu odpaliłam przekręcając kluczyk w stacyjce.
Jak dobrze być z dala od tej toksycznej atmosfery. Przez te ciągłe spięcia nabawię się jakiejś nerwicy, albo co gorsza zwariuje.
Jechałam wzdłuż drogi, która rozdzielała sąsiedzkie domki. Typowa dzielnica, nic ciekawego się nie dzieje, poza tym, że komuś ukradli rower lub dzieciaki rozwaliły płot samotnej staruszce.
Marzę już od kilka lat, aby przenieść się na Manhattan. Chciałabym wprowadzić się do bloku, który zamieszkiwała Carrie Bradshaw z serialu "Seks w wielkim mieście". Oglądałam ten serial w wieku 10 lat, wiem, że to irracjonalne, ale uwielbiam te cztery niezależne kobiety. Gdy tylko uda mi się znaleźć powtórkę sezonu, to zamykam się w pokoju i wyłączam ze świata społecznego na kolejne kilka godzin. Nie jestem typem domatorki, po prostu czasami lubię zapuścić się w klasykę serialową i poczuć się jakbym to ja była głównym bohaterem.
W ostatniej chwili wdepnęłam hamulec, aby nie potrącić młodego wilczura i przy okazji jego właściciela. Serce waliło mi ponad normę, a dłonie drżały jak galareta. Chwila, ja cała drżałam jak cholerna galareta! Nigdy bym sobie tego nie wybaczyła, taki wypadek zrujnowałby moją karierę młodego kierowcy.
Natychmiast uchyliłam szybę i wychyliłam się.
-Najmocniej cię przepraszam, tak szybko wbiegłeś na drogę.-swoje słowa kierowałam do pięknego psiaka, który podbiegł do drzwi.
Rozejrzałam się gorączkowo w poszukiwaniu właściciela psa, lecz w zasięgu mojego pola widzenia nikogo nie było. Westchnęłam zirytowana na myśl o bezmyślności właściciela, który wypuścił swojego czworonożnego przyjaciela, bądź nie zwrócił uwagi na jego ucieczkę.
-Okay, Bastian! Koniec tego dobrego, wracamy do domu!-usłyszałam donośny, męski krzyk.
Uniosłam wzrok na mężczyznę, który zbliżał się do psa z dużą obrożą w dłoni oraz srogą miną. Bastian. Ten piękny owczarek wabi się Bastian!
Pospiesznie wysiadłam z samochodu, nie mając zamiaru sprawdzić, czy aby przypadkiem nie zakorkowałam jezdni. Nie obchodziło mnie to w tym momencie.
-Prze..-Wyjąkałam zdenerwowana, gdy mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem.
Zmarszczył grube brwi i pokręcił głową, kucając przy cieszącym się psie.
-Spoko, nic mu przecież nie jest. Niech Pani jedzie dalej.-Burknął zakładając mu obrożę przez głowę.
Chwileczkę. Prawie przejechałam mu psa, możliwe, że naraziłam także jego na wypadek i co najlepsze przeżywam to za ich dwoje, a on mówi SPOKO.
-Słucham?-Zapytałam.
Chłopak stanął przede mną i odgarnął z czoła jasnobrązowe włosy, przeszył mnie wzrokiem i odparł aroganckim głosem.
-Nic mu nie jest, więc po co ta cała szopka?
Otworzyłam szeroko oczy i jednym słowem zdębiałam. Niejeden kierowca pojechałby w siną dal, miałby gdzieś jego oraz Bastiana. Dlaczego ludzie nie doceniają jednostek? Jestem kulturalna i zostałam, przyznałam się do błędu, przeprosiłam! Co za dupek!
-Przepraszam jeszcze raz i następnym razem lepiej pilnuj swojego psa.-burknęłam i wsiadłam do auta, trzaskając drzwiczkami.
Nie patrząc ani razu w stronę chłopaka odjechałam kierując się do serca miasta.
Albo mam dziwaczne złudzenia, albo faceci z dużymi psami mnie prześladują. Spotkanie z niejakim Robertem przy moście, a teraz to i co najlepsze ten pies był kropka w kropkę identyczny do poprzedniego.
A więc podsumowując dzisiejszy poranek, czeka mnie nie lada katastrofa dzisiejszego dnia, jeżeli nadal będą przytrafiać mi się takie sytuacje - dokładnie mam na myśli kłótnie z tlenioną flądrą i potrącenie tego pięknego zwierzaka oraz jego aroganckiego właściciela. Ten kto tym wszystkim steruje na górze, musi mieć niezły ubaw.
Dojechałam do knajpy, którą prowadzi mój ojciec. Znajduje się nie daleko od mostu, który niedawno fotografowałam, lecz blok, w którym się znajduje nie należy do nowoczesnych. Sądzę, że to dobra reklama dla niej, ludzie, którzy tu przyjeżdżają uwielbiają klimat starego Brooklynu i tym właśnie charakteryzuje się bar taty. Czuć tam stary, dobry Brooklyn. Moi rodzice włożyli wszystkie oszczędności w jej otwarcie i początkowe funkcjonowanie, gdy po kilku cudownych latach prosperowania moja mama zachorowała i wszystko powoli zaczęło się sypać. A co gorsza nikt nie miał czasu zajmować młodym lokalem, pracownicy nie byli na tyle profesjonalni, aby im zaufać. Chciałam im tak bardzo pomóc, lecz mój wiek i doświadczenie na to nie pozwalało. Rodzina zatraciła się w chorobie mamy, wszyscy chcieli jej pomóc, a raczej postarać się umilić czas cierpienia. Sophia była piękną kobietą, miała w sobie więcej miłości i radości, niż cały Brooklyn i Manhattan razem wzięte. Nawet gdy wiedziała, że nic nie jest w stanie jej pomóc i świat ucierpi z powodu strat, tak wspaniałego człowieka, uśmiechała się. Jako jedyna z nas wszystkich, którzy przy niej czuwali, uśmiechała się tak promiennie, jakby dostała drugie życie. Za to ją kocham, kochałam i będę kochać. Za jej siłę i wsparcie, które nam codziennie dawała, aż Bóg zabrał ją do siebie.
Minęło już kilka lat, stałam się dorosła, mój ojciec znalazł sobie kobietę i zarządza całym lokalem. Pomagam mu jak tylko mogę, nie chce, aby czuł się obarczony wszystkimi obowiązkami, ta knajpa znaczy dla niego więcej niż myślę. To tak jakby ich drugie dziecko, które razem stworzyli, dlatego stara się go dopieszczać w każdym kącie, jak czyniła to mama. Wierze, że jego miłość do niej nie przeminęła, kochał ją nad życie i był w stanie zrobić dla tej kobiety najprzeróżniejsze rzeczy.
Weszłam do środka i od razu poczułam aromat świeżo parzonej kawy oraz przypraw do znanego w całym mieście spaghetti mojego ojca. Tak, tak samodzielnie wynalazł ten przepis, gdy tylko otworzyli tą knajpkę.
-Witam, poproszę kawę ze śmietanką oraz tosta z serem.-odparłam do kelnerki za barem.
Usiadłam na stołku, wyjmując telefon z kieszeni i sprawdzając czy dostałam jakieś informacje w sprawie pracy. Zmarszczyłam brwi, gdy zobaczyłam na wyświetlaczu SMS'a od numeru prywatnego.
"Musisz uważać jak jeździsz, maleńka x"
Serce zabiło mi szybciej, lecz wciąż wpatrywałam się w literki, które zaczęły się rozmazywać.
Kto mógł to napisać? Tysiące myśli przelatywały mi przez głowę, z początku były one racjonalne, lecz z sekundy na sekundę czarne scenariusze robiły się coraz gorsze.
-Twoja kawa. A i jak zjesz to Pan Blade chce, żebyś weszła na kuchnie.-powiedziała dziewczyna, która zajmowała się obsługą przy barze.
Zdezorientowana przytaknęłam jej tylko i schowałam zablokowany telefon do kieszeni kurtki.
Daj spokój, Brook to musi być pomyłka. Nie panikuj. Głos wewnątrz mojej głowy przemówił, chcąc uspokoić moje oszalałe myśli. Nie to żebym była panikarą, ale przyznam, że jestem nieco przewrażliwiona na tego typu "żarty". Jak nudziłam się w domu, to często oglądałam seriale kryminalne i żaden nie kończył się dobrze, dla osoby, która dostawała podobne wiadomości.
Po zjedzeniu pierwszego posiłku tego dnia, poszłam do ojca, który był w trakcie robienia listy brakujących rzeczy w knajpie.
-Cześć.-Przywitałam się i oparłam o blat kuchenny.
Spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem i wrócił do pisania.
-Skoczysz do sklepu? Potrzebuje kilku rzeczy na urodziny knajpki, odbywają się w ten piątek.- Wręczył mi kartkę i wsunął długopis do kieszonki, która była na jego prawej piersi.
Skinęłam głową i przejechałam wzrokiem po liście zakupów, zastanawiają się do jakiego sklepu mogłabym się udać.
-Mam nadzieje, że nie masz planów na ten dzień. Będziesz mi potrzebna i twój aparat także.-odparł, starając się powstrzymać uśmiech.
Uniosłam automatycznie wzrok na mężczyznę i pisnęłam uradowana. Uwielbiam robić zdjęcia, to moja pasja i sposób na życie. Ojciec po raz pierwszy poprosił mnie o sfotografowanie imprezy w naszej restauracji, przeważnie robili to jego starsi pracownicy. Obawiał się, że nie uchwycę odpowiednich momentów, które mogą jeszcze bardziej rozsławić restaurację.
-Dziękuje, dziękuje, dziękuje!.-uradowana objęłam jego pas, kiwają się na boki.-Lecę po te zakupy i zaczynam od dzisiaj czyścić aparat. Napisze podanie do gazety, do strony internetowej miasta!-podskakując opuściłam kuchnię, zostawiając w niej śmiejącego się tatę.
A może ten dzień to szansa, aby moja kariera w końcu ruszyła do przodu i nabrała jakiegoś kształtu? Nie mogę przez całe życie cykać zdjęć na dziecięcych urodzinach lub czekać, aż ktoś w końcu zapuka do mych drzwi i odpowie na moje CV.
Pojechałam do oddalonego o kilka kilometrów supermarketu. Wolałam wszystko kupić w jednym miejscu, niż błąkać się po mieście i to w dodatku sama. Nie to, żebym się bała, lecz wciąż w głowie wyskakuje mi ta wiadomość, którą dostałam z rana.
Spacerowałam między regałami ciągnąc za sobą mały, plastikowy wózek. Zatrzymałam się i pochyliłam, aby wybrać przyprawy na piątkowe urodziny, które zapisane zostały na karteczce.
-Hm...Carry, o i chili.-Szepnęłam do siebie.
Wsadziłam kartonowe opakowania z saszetkami do koszyka, jeżeli chodzi o zakupy do knajpy to robione są w dużo większych ilościach, niż zazwyczaj.
-Ouh, przepraszam.-wymamrotałam, kiedy wpadłam na męską sylwetkę przed sobą.
Uniosłam głowę i mój wzrok napotkał te same niebiesko-zielone oczy, które widziałam tego wieczoru przy moście.
Chłopak uniósł kącik warg i podał mi karteczkę, która przy zderzeniu wypadła mi z dłoni.
Łoo..Brook pora się wycofać, zaczynasz odlatywać. Brook! W mojej głowie szumiało jakbym co najmniej zderzyła się z murem chińskim.
-Nic się nie stało, domowe zapasy?-zapytał, zerkając na mój koszyk, z którego wystawały kartony.
Odchrząknęłam i zmarszczyłam lekko nos, wracając wzrokiem na jego skórzaną kurtkę.
-To zakupy do knajpy mojego ojca, w piątek są urodziny lokalu.-odparłam, zerkając na twarz chłopaka, którą szybko zmierzyłam wzrokiem.
Od niskiego czoła, po ciemne, grube brwi, oczy w których tliły się iskierki, wąski nos i pełne, lekko zaróżowione usta. Podskoczyłam lekko z nogi na nogę, kiedy przeszył mnie delikatny dreszczyk.
O mamuniu, Brook! Schowaj ten rumieniec! Wewnątrz mnie rozbrzmiał ten sam, dokuczliwy głos.
Okay, ogarnij się Brooklyn.
-Sporo tego i jak sądzę, będzie jeszcze więcej.-Odparł, wskazując palcem na wygniecioną kartkę.
Pokiwałam głową, uśmiechając się lekko i zerknęłam na niego ponownie.
-Serdecznie zapraszam, jeżeli będziesz miał chwile. Restauracja nazywa się Old Brooklyn Side.-schowałam kosmyk włosów za ucho.
Na twarzy blondyna pojawił się lekki, lecz złośliwy uśmieszek.
-Przyjdę, ale mam nadzieje, że znowu się tam zobaczymy.
Nachylił się w stronę mojego ciała odurzając mnie falą swoich perfum, pachniał ziemią i morzem. Nie mam pojęcia dlaczego akurat wpadłam na to połączenie, ale idealnie opisywało tą intensywną woń. Bez zastanowienia muszę przyznać, że cholernie mi się podobała ta mieszanka.
Nie mogę zachwycać się obcym chłopakiem, znam tylko jego imię i to jak pachnie woda kolońska. Musze uspokoić swoje wewnętrzną dzicz i doprowadzić do porządku buzującą Brooke, która rwie się na zewnątrz.
-Przepraszam, mogłeś powiedzieć, abym się przesunęła.-wskazałam kciukiem za siebie na półki z produktami spożywczymi, wciąż nie spuszczając wzorku z chłopaka.
Uśmiechnął się ukazując szereg prostych zębów, lecz nie zmienił odległości między nami, a w tym wypadku ja również nie zamierzałam tego robić. Twardo stałam na stopach jakby były wtopione w sklepową podłogę.
-Gdybym chciał to zrobiłbym to.-wzruszył ramionami unosząc swoje spojrzenie.- Ale ty również mogłaś to zrobić, widząc, że chce się tam dostać.-kiwnął głową na regał za mną.
Uniosłam idealnie wyrysowane brwi i posłałam mu najlepszy uśmiech na jaki było mnie stać w tym momencie. Nie zamierzałam tego komentować w żaden sposób, nawet nie wiedziałam co mogłabym odpowiedzieć na tą "zaczepkę".
-Do zobaczenia w piątek, prawdopodobnie.-powiedziałam po chwili i odwróciłam się pchając koszyk przed sobą.
Wypuściłam głośno powietrze, które nieświadomie wstrzymywałam. Nigdy więcej nie przyjadę do tego sklepu.
Zerknęłam ukradkiem przez swoje ramię, aby sprawdzić czy nadal tam stoi, lecz po chłopaku nie było śladu.
Z bólem serca stałam w kolejce do kasy, która nie miała końca, zaczęłam wierzyć, że doczekam tu śmierci i będą musieli mnie pochować na terenie tego obskurnego parkingu. Kocham swojego ojca, ale nigdy więcej nie pojadę do supermarketu o tak wczesnej godzinie, ludzie zachowują się jakby miał nastąpić koniec świata i wykupują żywność w ogromnych ilościach. To niedorzeczne, gdy w tych czasach jedna połowa populacji objada się do kresu możliwości, a druga umiera z powodu głodu. Gdzie sprawiedliwość na tym świecie? Gdzie pomoc ze strony bogatych dla biednych? Tak naprawdę nie ma bezinteresownej pomocy, jest tylko ta, która niesie korzyść dla jednej i drugiej.
-Płaci Pani czy będziemy tak czekać do zamknięcia sklepu?-zapytała znudzona kasjerka, gdy skończyła skanować ostatni produkt z mojej listy zakupów.
Potrząsnęłam głową wyrywając się ze swoich głębokich myśli, podałam kobiecie kartę kredytową taty i wbiłam pin na małym, czarnym urządzeniu. Podziękowałam za obsługę, zabierając kartę oraz paragony. Opuściłam szybko sklep unikając linczu ze strony ludzi czekających w kolejce za chwilowy przestój.
Pospiesznie wróciłam do restauracji i zaparkowałam z tyłu budynku, aby pomoc kuchenna mogła na spokojnie wypakować siaty z zakupami.
Siedziałam w aucie, opierając bolącą głowę o zagłówek fotela. Przez ostatnie dni jedyne o czym marzyłam to znaleźć się jak najszybciej w swoim łóżku, zamknięta w objęciach puchowej kołdry...Ale nie wszystkie marzenia się spełniają. Cały tydzień pomagałam tacie w przygotowaniach do urodzin lokalu, stuknęło okrąglutkie 18 lat. Kiedy skończyłam roczek, moi rodzice otworzyli ich drugie dziecko i zaczęli żyć we własnym "śnie".
Uchyliłam powiekę, mając nadzieję, że ojciec jest w trakcie zamykania drzwi od knajpki, lecz wciąż wszędzie były pozapalane światła, a przy wejściu nie było żywej duszy.
Och losie ile bym dała, żeby wracać już do domu i mieć to za sobą. Jestem pewna, że tato jest tak samo, albo i bardziej wyczerpany ode mnie. Wystrój sali, specjalne dania, wypieki i prezenty dla gości...Tyle go to kosztuje stresu i nerwów, ale widać, że kocha to co robi. Przez te 5 dni nie usłyszałam z jego ust, ani razu słowa "zmęczenie" lub jakiekolwiek marudzenie.
Podskoczyłam na siedzeniu, kiedy ktoś zapukał do szyby od strony kierowcy. Automatycznie wyprostowałam się jak struna i otworzyłam szeroko oczy, widząc tylko ciemną postać po drugiej stronie drzwi.
O zgrozo...Moje serce właśnie biegnie w maratonie, a ręce zamieniły się w galarety.
Przełknęłam ślinę i lekko uchyliłam szybę, tak aby usłyszeć tylko co obcy ode mnie chce. Nie byłam w stanie wykrztusić z siebie nic prócz tego jednego słowa.
-Słucham?
Do moich uszu dotarła znana mi piosenka "I feel it coming" i mimowolnie kąciki moich ust drgnęły. Uwielbiam tą piosenkę.
-Brooklyn?-Zachrypnięty głos przebił się przez cichą melodie, która wypływała ze słuchawek mężczyzny przede mną. Zdecydowanie mogę stwierdzić, iż była to płeć przeciwna, żadna zdrowa kobieta nie miałaby takich szerokich barków oraz głębokiego głosu. Choć z tym głosem...trafiają się przypadki.
-Przepraszam, ale nie wiem kim Pan jest.-pokręciłam głową, zapalając szybkim ruchem światełko nad sobą. Byłam przerażona i jedyne czego chciałam to zobaczyć twarz faceta, który znał moje imię.
Ujrzałam niebieskie tęczówki, które błyszczały w lekkiej poświacie dochodzącej z auta, lecz nie ruszyłam się z miejsca chcąc podziwiać ich niemożliwie dziwną barwę. Uśmiech wkradł się na wargi chłopaka, który przejechał sprawnie palcem po parującej szybie rysując znak zapytania.
Sunęłam wzrokiem za jego poczynaniami i zmarszczyłam brwi, przenosząc wzrok z powrotem na Roberta.
-Znak zapytania?-odparłam, lecz zabrzmiało to jak pytanie.
Palec jeździł po szybie w ekspresowym tempie, pisząc słowo po słowie. Na mojej twarzy zagościł uśmiech, kiedy starłam się sklecić z tego pytanie, które chciał mi zadać.
-Co robisz...Tak późno..-Przechyliłam głowę w bok, marszcząc lekko nos, kiedy jedna literka zniknęła i wyraz stracił jakikolwiek sens.- O tej porze?
Dopisał szybko słowo "Sama", a z mojego gardła wyrwał się cichy chichot.
-Czekam na tatę.-wskazałam kciukiem na budynek.
Ciemny blondyn przysunął się do szyby i chuchnął kilka razy, aby ponownie zaparowała i dzięki temu mógł napisać na niej kilka słów.
Uniosłam lekko brwi, czytając po kolei idealnie napisane wyrazy, które składały się w jedno krótkie zdanie "Nie mogę doczekać się jutra".
Spojrzałam na niego i jedyne co mogłam dostrzec to dłoń, która powoli sunęła się po szybie w dół. Sylwetka zginęłam w ciemnościach, a zaraz z nią słowa na szybie. Przesunęłam powoli palcami po kosmykach puszczonych włosów i odetchnęłam głęboko.
Czułam się jak w filmie...Noc, samotna dziewczyna i przystojny chłopak, który z lekka mnie przerażał. I zaznaczam to nie był film romantyczny, tylko horror.
Mogłabym rzec, że ten typ mnie prześladuje, lecz skąd mógł wiedzieć, że tutaj jestem, tak samo gdy wpadliśmy na siebie w sklepie, a raczej to ja wpadłam na niego. Nie potrafię pojąć zbiegów okoliczności, ale te są prawdziwe i przerażające. Jest ciemno, więc jakim cudem dostrzegł, że to ja siedzę w samochodzie. Może sam nie był pewny i zrobił to na wyczucie? Sama nie kupuję tej wersji, ale inne nie potrafię w tym momencie wymyśleć.
-Brook!-Podskoczyłam na siedzeniu, słysząc nagły krzyk.
Odwróciłam się i ujrzałam uśmiechniętego tatę.
-Wracajmy, już późno. A jutro czeka nas jeszcze dużo pracy.-Powiedział, zapinając pasy bezpieczeństwa.
Po powrocie do domu rzuciłam się na łóżko, nadal mając w głowie tę dziwną sytuacje z Robertem. Poznaliśmy się przy moście, zmieniliśmy ze sobą dosłownie tylko kilka zdań. Wspomniałam mu tylko raz o tej imprezie i szczerze? Nie sądziłam, że weźmie to sobie tak do serca. Moje relacji z mężczyznami nie układały się pomyślnie, zawsze było coś nie tak i kończyło się na kilku randkach, nigdy nie wynikało z tego coś więcej. Byłam skazana na krótkie, przelotne znajomości. Ale nie zależało mi na czymś takim, jestem zwolenniczką głębokiej i namiętnej miłości, która sprawia, że nie widzisz świata poza swoim ukochanym i chcesz być częścią jego życia. Uczucie, które zarazem wyniszcza i buduje, sprawia, że nie liczy się nic innego i nie chcesz, aby się liczyło. To miłość wypalająca od środka, pozostawiająca po sobie żar nie do ugaszenia. Jak głupia wierzę, że przytrafi mi się w życiu coś tak pięknego, a zarazem nierealnego. Nie wiem skąd marzę o takiej zagorzałej miłości, może obejrzałam za dużo filmów z tym wątkiem, lecz nie potrafię wymienić choćby jednego, w którym widziałabym takie uczucie, które można byłoby nazwać żywym ogniem.
Uniosłam się, kiedy wyświetlacz mojego telefonu zabłysnął. Achh, nie koniec niespodzianek na dzisiaj.
Od: Nieznany
Tak późna godzina, a w twoim pokoju wciąż palą się światła? x
Otworzyłam usta i odskoczyłam z łóżka biegnąc do okna, w dłoni ściskałam komórkę i wypatrywałam jakiejkolwiek postaci przez szybę. Krew w moich żyłach przyspieszyła, przez co moje policzki stały się mocno różowe. To niemożliwe, aby ktoś mógłby mnie cały czas obserwować i śledzić, każdy ruch. W tej chwili miałam ochotę wybiec z domu i szukać tego gnojka, który wybrał sobie mnie jako punkt zaczepienia do żartów. Przeniosłam wzrok na telefon, który zawibrował w mojej ręce, przycisnęłam go do klatki piersiowej i jednym ruchem zasłoniłam roletę.
Od: Nieznany
Pięknie się złościsz, ale z uśmiechem bardziej Ci do twarzy. ;)
Wbiegłam na łóżko, gasząc lampkę i zakopałam się pod kołdrę. Oddychałam ciężko, przesuwając powoli wzrokiem z jednej wiadomości na drugą. To w żadnym wypadku nie było śmieszne, jestem obserwowana przez obcego faceta.
O Panie za jakie grzechy...
-Brooklyn!-wydarł się tato, kiedy wciąż ślęczałam nad aparatem na zapleczu knajpy.
Westchnęłam cicho i spakowałam sprzęt do specjalnego kuferka, po czym weszłam na kuchnię.
-Co jest? Musiałam sprawdzić czy aparat jest gotowy na otwarcie.-przetarłam zmęczoną twarz dłonią.
Przespałam zaledwie kilka godzin, przez co dzisiaj czuje się jak zwłoki, które ktoś niepotrzebne przywrócił do "życia".
-Zaraz otwieramy, ale wiesz, że będziesz potrzebna dopiero po południu. Jedź do domu i ogarnij się, nie wyglądasz za dobrze.-mężczyzna skrzywił się patrząc na mnie.
Zaśmiałam się cicho i oparłam o blat za sobą.
Dziękuje za te słowa pocieszenia były bardzo trafione w punkt!
-Tak, domyślam się. Dzięki.-parsknęłam i zarzuciłam pasek od kuferka, po czym poszłam do wyjścia.-Do później!-krzyknęłam i opuściłam lokal.
Mroźne powietrze rozwiało moje włosy na boki, czułam się jakby tchnęło we mnie nowe życie. Wsiadłam do swojego auta i wróciłam do domu, chcąc zdrzemnąć się jeszcze na kilka godzin.
Obudził mnie dźwięk ustawionego wcześniej alarmu, musiałam go nastawić inaczej prawdopodobnie dotarłabym na imprezę z poważnym opóźnieniem. A tego bym sobie nigdy nie wybaczyła.
Ubrałam standardowy komplet, czarne jeansy, koszulka i na to bluza w kolorze spodni. Musiałam czuć się swobodnie, chciałam uzyskać jak najlepsze ujęcia.
Zaparkowałam po drugiej stronie ulicy, ponieważ obok restauracji wszystkie miejsca parkingowe zostały zajęte, przebiegłam przez jezdnię i znalazłam się wewnątrz pomieszczenia. Wszystkie stoliki były oblężone przez śmiejących się, rozmawiających ze sobą gości, pomiędzy nimi przeskakiwali kelnerzy z pełnymi tacami świeżego jedzenia lub brudnych naczyń.
Uśmiech zagościł na mojej twarzy, wyjęłam aparat i pstryknęłam pierwsze zdjęcia, na których Mark i Joe ( to nasi najlepsi kelnerzy) podają kolorowe drinki dla największego stolika. Pomachałam im na powitanie.
Ruszyłam w głąb knajpy robiąc fotki pięknie przystrojonym daniom, drinkom oraz ludziom, którzy wyrazili zgodę na sfotografowanie.
W końcu usiadłam przy jednym wolnym stoliku w kącie i przejrzałam zdjęcia, które udało mi się zrobić.
Były naprawdę dobre, pokazywały uczucia, radość, przepyszne jedzenie i co najważniejsze atmosferę, która tu panuje. Ludzie kochają to miejsce, bo wypełnione jest miłością i pasją. Czyli tym co jest najważniejsze w życiu. Osoby, które tu pracują robią to z uśmiechem na twarzy i ciągłym zafascynowaniem.
-Przepraszam, czy mogę się dosiąść?
Uniosłam wzrok na sylwetkę przed sobą i wciągnęłam powietrze ze świstem. Nie spodziewałam się, że nadejdzie ta chwila, a jednak on stoi przede mną w pełnej okazałości i uśmiecha się jakby chciał powalić tym na kolana tysiące żołnierzy.
Brook, opanuj się.
-Właściwie to ja tu nie siedzę, tylko na chwile..-odpowiedziałam wstając z krzesła, lecz przerwał mi w połowie zdania.
-Właściwie to nie musisz od razu uciekać, nie pogryzę cię.-wychrypiał mierząc powolnym wzrokiem moją twarz.
Och uwierz, ja bym bardzo tego chciała...Chwila, co? Nie!
Zaśmiałam się nerwowo i rozejrzałam po gościach naokoło nas.
-W sumie to mogę na moment.-wymamrotałam i odpadłam na krzesło.
On także usiadł, lecz tuż obok mnie przesuwając specjalnie krzesło. Przejechałam potajemnie wzrokiem od stóp do głów, zauważając w co był ubrany. Jeansy, bluza i kurtka. Ach, tak i te boskie perfumy. Pachniał jak młody Bóg.
-A więc...robisz zdjęcia?-kiwnął głową na sprzęt, który trzymałam w dłoniach.
Otworzyłam usta, aby cokolwiek z siebie wykrztusić, lecz ostatecznie skusiłam się na przytaknięcie głową.
Nigdy nie miałam problemu w rozmowie z obcymi ludźmi, a tym bardziej w moim wieku. On był dziwny, nie mogłam nic odczytać z jego twarzy, oczu...Czym go zainteresowałam? Mogę chyba tak o tym myśleć, prawda? Bo gdybym go nie zaintrygowała to raczej nie siedziałby obok i nie wlepiał we mnie tych pięknych oczu, a tym bardziej nie zaczepiłby w środku nocy.
-Co robiłeś wtedy..tak późno w nocy. W dodatku sam.-zmarszczyłam brwi, bardziej stwierdzając, niż zadając pytanie.
Odchylił się lekko na krześle i ułożył dłonie na udach, zastanawiając się pewnie co ma mi odpowiedzieć.
Coś długo się zastanawia, Brookie. To podejrzane.- głos w mojej głowie odezwał się jak zwykle w nie odpowiednim momencie.
-Byłem..pobiegać.-odparł po dłuższej chwili.-Wiesz lubię czasami tak sobie potruchtać między uliczkami, gdy nikt nie widzi.-oblizał swoje wargi, spoglądając w moją stronę.
Łże jak pies!
Pokiwałam głową z lekkim uśmiechem.
-Pozwolisz, że wrócę do pracy.-mruknęłam, włączając aparat.
Zerknął na lustrzankę, po czym spojrzał prosto w moje oczy i wykrzywił wargi w uśmiechu, przez który poczułam przyjemny dreszczyk na plecach.
Uniosłam sprzęt i zrobiłam mu kilka zdjęć, nim mógł jakkolwiek zareagować.
Zaśmiałam się przeglądając od razu zrobione ujęcia, kiwnęłam głową z uznaniem dostrzegając jak jest fotogeniczny.
-Teraz moja kolej, Brooklyn.-zabrał mi aparat i przysunął go bliżej swojej twarzy, poprawiając jedynie ostrość.-Uśmiechnij się, gdy to robisz jesteś jeszcze piękniejsza.-wychrypiał, przyciskając kilka razy duży guzik.
Zarumieniłam się na wypowiedziany komplement, lecz moje wargi mimowolnie wygięły się w delikatnym uśmiechu. Uniósł dłoń i delikatnym gestem schował kilka kosmyków za moje ucho, oczywiście było to istotne do zdjęcia.
-Proszę.-oddał mi moją "zabaweczkę" i nachylił się, abyśmy mogli razem obejrzeć to co zrobiliśmy.
Przegryzłam dolną wargę na samym początku przewijając ujęcia chłopaka, które były idealne. Jego kości policzkowe, oczy, brwi, usta i ten uśmiech.. Czułam jak staję jeszcze bardziej skrępowana w towarzystwie blondyna.
-O losie.-szepnęłam, widząc siebie na małym ekranie.
Nie lubię, kiedy ktoś robi mi zdjęcia i nie ma znaczenia czy to telefon, czy aparat. Po prostu jestem zdania, że beznadziejnie na nich wychodzę.
-Podoba mi się, w sumie nadawałbym się.-powiedział, zaczynając się cicho śmiać.
Wywróciłam teatralnie oczami i odwróciłam głowę w stronę chłopaka.
-No nie wiem, mi się średnio podobają.-odparłam, starając się powstrzymać uśmiech.
Na twarzy jasnookiego pojawiło się zmieszanie, po czym jedynie spojrzał na mnie podejrzliwie i uśmiechnął się złośliwie.
-Jesteś dość krytyczna, Brook. Czy to zazdrość tobą kieruje?
Nie mogłam się powstrzymać i zaśmiałam się, tak iż goście z stolików obok nas zaczęli posyłać mi zirytowane spojrzenia.
Chłopak odpowiedział mi szerokim uśmiechem i wstał z krzesła.
-Muszę już iść, miło było z tobą ponownie porozmawiać.-nachylił się nade mną i przesunął dłonią po rozpuszczonych kosmykach.-Mam nadzieje, że takich okazji będzie znacznie więcej.-szepnął wprost do mego ucha.
Nim zdołałam cokolwiek z siebie wykrztusić, a on zniknął z mojego pola widzenia i jedyne co czułam to mrowienie na moim uchu.
W głowie wciąż na nowo rozbrzmiewały ostatnie słowa Roberta, które sprawiały, iż nie miałam pojęcia co robię w tej restauracji i dlaczego nie biegnę go poszukać, aby znowu zatracić się w tych oczach i głosie.
Potrząsnęłam głową i wróciłam na ziemię.
Musze się skupić, a tym bardziej wrócić do pracy, inaczej zaraz dostanę opierdziel od kelnerów, albo co gorsza od taty.
Przegryzłam dolną wargę przypominając sobie jego komplement i rozpływając się pod znaczeniem tych słów. Uśmiechnij się, gdy to robisz jesteś jeszcze piękniejsza.
Zmarszczyłam brwi przypominając sobie wiadomości z wczorajszej nocy i zastygałam bez ruchu jak głaz. Otworzyłam szeroko buzię i ruszyłam w stronę drzwi, wpadając po drodze na kilku kelnerów oraz gości. To niemożliwe.-pomyślałam i pokręciłam głową. Wybiegłam z knajpy i rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu mężczyzny. On nie może być autorem tych wiadomości...
Komentarze
Prześlij komentarz